Wiesz, że coś jest na rzeczy, kiedy gra o nazwie Revenge of the Savage Planet nie serwuje mrocznej kontynuacji rodem z kina zemsty, tylko barwną, surrealistyczną jazdę bez trzymanki. Ale nie daj się zwieść pozorom – to nie tylko komediowy pastisz, to również całkiem solidna przygodówka sci-fi z metroidvaniowymi korzeniami i… zaskakująco trafną satyrą na temat korporacyjnych absurdów.
Zacznijmy od początku. Po stuleciu drzemki w kriokapsule budzę się jako międzygwiezdny kolonizator, który dowiaduje się, że jego dawny pracodawca – Kindred Aerospace – został przejęty przez Alta Interglobal, a cała moja załoga została „zoptymalizowana”. Znaczy: zwolniona. Sam również dostałem wypowiedzenie. No i jak każdy zdrowo myślący człowiek… postanawiam się zemścić. Historia z przymrużeniem oka, pełna absurdalnych reklam (tak, jest nawet spot promujący “boogerchain” – łańcuch bloków oparty na smarkach), działa świetnie, dopóki nie próbuje być czymś więcej niż satyrą. Finałowy akt z metakomentarzem o projektowaniu gier – meh.
Plusy:
- Kapitalnie zaprojektowane planety pełne życia i kolorów
- Przerysowany humor w stylu Tim & Eric
- Rozbudowany system eksploracji i świetna mechanika poruszania się
- System progresji, który daje masę satysfakcji
- Możliwość współpracy w co-opie, także lokalnie
- Ciekawa, choć subtelna satyra na realia branży
Minusy:
- Walka nadal kuleje – strzelanie z „pierdopistoletu” boli
- Niektóre wyzwania związane z ulepszeniami są irytujące
- Finał historii wypada słabo na tle reszty
- Momentami zbędna „konsolowość” (timery, teleporty, backtracking)
Największą zmianą względem pierwszej części jest perspektywa – tym razem obserwujemy wszystko zza pleców bohatera. I to działa! Styl Looney Tunes w połączeniu z trzaskaniem przeciwników, skakaniem po lewitujących grzybach i ślizganiem się po zielonym szlamie sprawia, że eksploracja to czysta frajda. Gdy odblokowujesz kolejne gadżety – np. batograppling, system szybowania czy uderzenie sejsmiczne – planeta staje się ogromnym placem zabaw. Przypomina to najlepsze momenty z Ratchet & Clank czy Mario Odyssey.
Planety? Przepiękne. Od bujnych bagien Nu Florydy, przez pustkowia Xephyru, po surrealistyczny krajobraz zamarzniętego wulkanu w Zenithian Rift. I każda z nich ma unikalne ekosystemy, które nie tylko świetnie wyglądają, ale i funkcjonują niezależnie od naszych działań. Tu poluje, tam wybucha, a gdzieś indziej coś się kopuluje z czymś, co nie powinno żyć.
Skanowanie, zbieranie, ulepszanie – to wszystko ma ręce i nogi. Choć, przyznam, czasem miałem ochotę rzucić padem, kiedy gra kazała mi np. porazić pięciu przeciwników naraz, żeby odblokować nowy skok. Czasem zabawnie, czasem niepotrzebnie frustrująco. Ale kiedy już masz wszystkie zabawki i świat stoi przed tobą otworem – jest naprawdę super.
Niestety, walka to dalej pięta achillesowa. Gdy nie masz wokół odpowiednich „goo-roślin”, zostajesz z beznamiętnym pistolecikiem i nudnym przeciwnikiem. Ratuje to trochę mechanika łapania stworzeń na lasso (trochę jak w Pokémon), ale to bardziej ucieczka od walki niż jej rozwinięcie.
Mimo tego Revenge of the Savage Planet to gra, która zasługuje na uwagę. Nie tylko jako kontynuacja udanego debiutu Typhoon Studios, ale też jako hołd dla niezależności twórczej po upadku Stadia. To kolorowy, niepoważny, ale pełen serca i pomysłów tytuł, który – mimo niedociągnięć – potrafi dać masę radości. Zwłaszcza jeśli lubisz eksplorację z przymrużeniem oka.
Ocena: 8/10
Korporacyjna zemsta jeszcze nigdy nie była tak kolorowa – i tak absurdalnie przyjemna.
| Rozgrywka | |
| Oprawa wizualna | |
| Muzyka i dźwięk | |
| Sterowanie i opcje |