Są takie gry, które od razu wywołują uśmiech. Nawet nie dlatego, że wyglądają jak nowe czy mają setki nowości. Po prostu przypominają czasy, kiedy RTS-y były królem gatunku, a człowiek spędzał całe noce, żeby jeszcze „jedną mapkę” skończyć. Dawn of War to właśnie ten przypadek. A teraz wraca w wersji Definitive Edition.
Ale od razu pojawia się pytanie: po co i dlaczego dopiero teraz?
Powrót Krwawych Kruków

Definitive Edition to nic innego jak kompletne wydanie oryginału wraz z trzema dodatkami – Winter Assault, Dark Crusade i Soulstorm. Dostajemy więc pełną historię Blood Ravens na Tartarusie, kampanię Gwardii Imperialnej, galaktyczną wojnę z Necronami i Tau oraz systemową bitwę z udziałem Mrocznych Eldarów i Sióstr Bitwy. To w sumie kilkadziesiąt godzin kampanii i praktycznie nieskończona liczba potyczek w trybie multiplayer.
Brzmi dobrze? Bo takie właśnie jest – szczególnie jeśli ktoś w ogóle nie miał styczności z oryginałem.
Grafika: lifting, nie operacja plastyczna
Wizualnie gra dostała odświeżone tekstury, lepsze oświetlenie i wsparcie dla 4K. To nie jest remake, bardziej kosmetyka. Na pierwszy rzut oka różnice są subtelne. Dopiero porównanie „obok siebie” pokazuje, ile szczegółów dodano i jak bardzo wyczyszczono obraz. Modele jednostek nadal trącą myszką i mają ten wczesno-2000 vibe, ale całość zachowała duszę oryginału.
I dobrze. Lepiej już zostawić klimat sprzed lat niż przesadzić i zrobić z Dawn of War coś, czym nigdy nie był.
Audio: stara szkoła nadal trzyma poziom

Ścieżka dźwiękowa Inona Zura? Wciąż robi robotę. Choć nie każdemu zapadnie w pamięć tak jak np. muzyka z Red Alert 2, to jednak buduje klimat i trzyma w napięciu. Głosy postaci to prawdziwa perełka – chyba jedna z najlepszych ścieżek dialogowych w historii RTS-ów. Nie odświeżano ich szczególnie, ale też nie było potrzeby.
Rozgrywka: balans jak struna fortepianu
I tu dochodzimy do sedna. W Dawn of War zawsze chodziło o równowagę między budową bazy, szkoleniem jednostek i taktyką. Każda frakcja gra się inaczej i każda wymaga innych podejść. To nadal się broni, nawet po 20 latach.
Zabawne jest to, że siadając do Definitive Edition, od razu wrócił mi odruch klikania myszką w zawrotnym tempie. Czułem się, jakby nie minęło ani jedno pokolenie pecetów. RTS-y od dawna leżą na marginesie branży, a tutaj dostajemy tytuł, który pokazuje, dlaczego w ogóle pokochaliśmy ten gatunek.
Skirmish: i tu mały zawód
Jedyny zgrzyt? Skirmish działa tylko na zasadach z Soulstorm. Teoretycznie to plus, bo mamy dostęp do wszystkiego. W praktyce trochę tracą wcześniejsze dodatki, które miały własny charakter i balans. Brakuje choćby opcji wyboru, w jakiej wersji zasad chcemy grać. A to przecież ma być „definitywna” edycja.
Cena i dziwne decyzje

Nowym graczom polecić łatwo – za 30 dolarów dostają kompletny pakiet, setki godzin zabawy i klasyka RTS w najlepszym wydaniu. Dla weteranów sprawa jest bardziej skomplikowana. Rok temu dostaliśmy Anniversary Editions, a teraz jeszcze raz to samo, tylko trochę ładniejsze. Trudno nie czuć lekkiego „dojenia”.
Sam po kilku dniach zabawy byłem rozdarty. Z jednej strony nostalgia i frajda, z drugiej – pytanie, dlaczego tego wszystkiego nie dali już wtedy.
Podsumowanie
Dawn of War Definitive Edition to świetny pakiet dla nowych graczy i solidny powrót dla tych, którzy chcą znów poczuć klimat pierwszej dekady XXI wieku. Gra nadal bawi, balans frakcji jest mistrzowski, a kampanie wciągają. Ale czy to faktycznie edycja „definitywna”? Raczej nie. To bardziej odświeżony klasyk w ładnym pudełku.
Czy warto?
Nowicjuszom mówię: zdecydowanie tak. Weteranom: tak, ale liczcie się z powtórką z rozrywki.
A ja? Po kilku dniach czułem się jak wtedy, gdy pierwszy raz odpaliłem grę – tylko monitor mam większy, a kawa droższa.