0

Recenzja Infection Free Zone

Kiedy pierwszy raz odpaliłem Infection Free Zone, poczułem się jak w eksperymencie urbanistycznym, który wymknął się spod kontroli. Gra daje możliwość wyboru prawdziwego miejsca na świecie i przemienia je w pole bitwy z wirusem, który zamienił ludzi w agresywne bestie. Brzmi świetnie. I momentami takie właśnie jest.

Ale im dłużej grałem, tym bardziej widziałem, że ta apokalipsa potrzebuje jeszcze kilku porządnych remontów.

Wczesna faza gry – walka o przetrwanie

image 2

Początek był dla mnie zaskakująco trudny.

Gra zmusza do startu w mieście, a ja marzyłem o bazie gdzieś w Karpatach. Niestety bez metalu się nie da. A metal jest tylko w miejskich ruinach.

Już na starcie czuć, że swoboda wyboru strefy jest iluzją. I tak naprawdę szkoda, bo gra aż prosi się o bardziej otwarte podejście.

Pierwsze godziny to bieganie po budynkach, polowanie na jedzenie i modlitwa, żeby nikt nie połknął cegły zamiast konserwy. Przetrwanie nie jest tu darmowe, ale to akurat działa dobrze.

Mimo frustracji czułem, że chcę grać dalej.

Środek gry – gdy zaczyna się robić ciekawie

image

W połowie rozgrywki poczułem coś, co najbliżej porównałbym do „ogarnięcia własnego chaosu”.

Kiedy rozwijasz technologie, zaczyna się prawdziwa zabawa. Można planować produkcję, stawiać farmy, robić zapasy. I wreszcie jest czas, żeby zobaczyć jak miasto oddycha.

Ale wtedy pojawia się problem, który mnie doprowadzał do szału – balans ekonomii.

Przy 400 mieszkańcach gra zaczyna działać jak budżetowa wersja Excela. Raz rośnie za szybko, raz za wolno. Brakuje mi czegoś tak banalnego jak statystyki dziennego zużycia surowców. Przez większość czasu ratowałem sytuację, wrzucając ludzi gdziekolwiek akurat brakowało rąk.

To działa, ale nie jest satysfakcjonujące.

Late game – wciąga, ale potrafi zepsuć humor

image 1

Końcówka gry to najlepsza i najgorsza część.

Nowość  ENDER MAGNOLIA: Bloom in the Mist to fantastyczna metroidvania

Najlepsza, bo skala rośnie i zaczynasz czuć, że zbudowałeś coś dużego.
Najgorsza, bo gra nie zawsze daje radę to udźwignąć.

Kiedy przekroczyłem 800 mieszkańców, zaczęło się:
zacięcia, opóźnienia, dziwne błędy w zachowaniu ludzi.

Najbardziej irytujące jest to, że cywile poruszają się jakby biegli w kisielu. Zegar gry pokazuje, że marsz przez jedną ulicę zajmuje im ponad dwie godziny. To zabija tempo.

Do tego choroby. Ludzie wypadają z pracy, ale nikt ich nie zastępuje, nawet jeśli mam stu bezrobotnych. To prowadzi do babysittingu panelu populacji. A nie po to tu przyszedłem.

Walka i obrona – ściany z papieru i psy z laserowymi szczękami

Z przykrością muszę powiedzieć, że system walki bywa absurdalny.

Psy rozwalające ściany jak młoty pneumatyczne.
Zombiaki ignorujące bramy i idące przez mur.
Snajper z dużym zasięgiem, ale z prędkością strzału jakby się bał, że wystraszy własną broń.

Serio, czasem próbowałem zgadnąć, co twórcy mieli na myśli.

Moje sugestie – co naprawdę poprawiłoby grę

Po kilku dniach gry mam własną listę życzeń:

1. Predefiniowane budynki dla customowych struktur.
2. Możliwość przenoszenia lub dodawania drzwi.
3. Nieskończone źródło metalu.
4. Leśniczy, który faktycznie działa.
5. Łączenie funkcji budynków.
6. Snajperki z większą siłą, mniejszą częstotliwością strzałów.
7. Wrogowie powinni preferować bramy, nie ściany.
8. Wieże obronne jako dodatki do budynków.
9. Patrole dla oddziałów.
10. I najważniejsze… MULTIPLAYER. Ta gra aż się prosi o co-op albo PvP.

Infection Free Zone ma ten sam urok co stare Rebuild 2, ale jest ambitniejsze i większe.
Problem w tym, że ma też tyle samo głębokości, co kałuża po letnim deszczu.

Mimo to bawiłem się dobrze.
Serio.

Ale po kilku dniach czuję, że potencjał jest większy niż to, co jest teraz na ekranie.

Nowość  SCHiM - gra o skakaniu w cieniach (recenzja)

Czy polecam?
Tak, ale tylko jeśli akceptujesz early access i jego humory.