Jest rok 1985. Ashwood Creek. Zaginione dziecko i policjant, który zmuszony jest wejść w głąb parku narodowego, by odkryć prawdę. Radiolight, debiutancka produkcja solo-dewelopera Krystofa Knesla, na papierze brzmi jak spełnienie marzeń fanów Firewatch i Stranger Things. Czy jednak obiecująca estetyka i intrygujący wstęp wystarczą, by utrzymać gracza przy odbiorniku do samego końca?
Mroczniejszy kuzyn Firewatcha
Już od pierwszych minut Radiolight nie ukrywa swoich inspiracji. Wcielamy się w Ethana, policjanta zmagającego się z własnymi demonami, którego jedynym łącznikiem ze światem zewnętrznym jest krótkofalówka i głos partnera po drugiej stronie – Roba. To mechanika narracyjna doskonale znana z gier takich jak Firewatch czy Do You Copy?.
Należy oddać twórcy, że eksploracja Ashwood Creek jest zrealizowana poprawnie. Park narodowy, mimo ograniczonego budżetu produkcji, prezentuje się estetycznie. Stylizowana grafika maskuje niedoskonałości techniczne, a gęsta atmosfera lasu, potęgowana przez świetne udźwiękowienie, buduje poczucie izolacji. Gra unika tanich chwytów typu „jumpscare”, stawiając raczej na powolne budowanie napięcia i niepokój wynikający z tego, czego nie widać.
Radio jako broń i narzędzie

Centralnym elementem rozgrywki, wyróżniającym ten tytuł na tle innych “symulatorów chodzenia”, jest tytułowe radio. Nie służy ono wyłącznie do komunikacji. Gracz musi manipulować częstotliwościami, aby rozwiązywać proste zagadki środowiskowe, otwierać przejścia czy – co ciekawe – bronić się przed cienistymi istotami.
Mechanika walki, polegająca na „celowaniu” falami radiowymi, jest świeżym pomysłem, choć z czasem staje się powtarzalna. Dla osób stroniących od skomplikowanej walki będzie to jednak zaleta – Radiolight pozostaje przede wszystkim grą o eksploracji, a szybkie tempo poruszania się postaci ułatwia backtracking i przeszukiwanie zakamarków mapy.
Narracyjny szum informacyjny

Największym problemem Radiolight jest jednak jego scenariusz. Początek gry zapowiada solidny kryminał z zaginięciem w tle. Niestety, w miarę postępów fabuła zaczyna gubić spójność. Gra próbuje złapać zbyt wiele srok za ogon: mamy tu wątki kultu, starożytne ruiny, anomalie czasowe, zjawiska science-fiction i elementy nadprzyrodzone.
Zamiast subtelnego thrillera, otrzymujemy narracyjny chaos. Wiele wątków zostaje porzuconych lub wyjaśnionych w sposób niesatysfakcjonujący. Odbiorca może odnieść wrażenie, że gra nie potrafi zdecydować się na jedną tożsamość, skacząc między dramatem psychologicznym a filmem klasy B o szalonych naukowcach. Choć finał gry bywa oceniany jako emocjonalny i mocny, droga do niego jest wyboista i pełna fabularnych dziur.
Nierówna warstwa techniczna

Jako projekt jednego twórcy, Radiolight imponuje skalą, ale cierpi na typowe bolączki gier niezależnych. O ile voice acting głównych bohaterów (Ethana i Roba) stoi na wysokim poziomie i buduje wiarygodną relację, o tyle postacie poboczne wypadają wręcz amatorsko. Głosy kultystów czy innych postaci niezależnych często brzmią karykaturalnie, co niszczy budowaną mozolnie immersję.
Podobnie jest z modelami postaci – w kontraście do ładnego otoczenia, sylwetki ludzkie (zwłaszcza córki bohatera czy członków kultu) wyglądają sztucznie i nie pasują do przyjętego stylu artystycznego.
Podsumowanie

Radiolight to gra pełna sprzeczności. Z jednej strony oferuje gęsty klimat lat 80., świetną muzykę i wciągający początek. Z drugiej – potyka się o własne ambicje fabularne i niedostatki techniczne.
Warto zagrać, jeśli:
- Szukasz gry na jeden lub dwa wieczory (krótki czas rozgrywki).
- Uwielbiasz mechanikę rozmów przez walkie-talkie w stylu Firewatch.
- Cenisz klimat nad strzelanie i akcję.

Odradzamy, jeśli:
- Oczekujesz spójnej, logicznej historii z jasnymi odpowiedziami.
- Drażni Cię nierówny poziom dubbingu i “drewniane” modele postaci.

| Rozgrywka | |
| Oprawa wizualna | |
| Muzyka i dźwięk | |
| Sterowanie i opcje |