0

NINJA GAIDEN: Ragebound (recenzja)

Kiedy pierwszy raz odpaliłem Ninja Gaiden: Ragebound, miałem wrażenie, że ktoś cofnął mnie w czasie do lat 90., ale wpakował w ręce pada od gry z 2025 roku. To uczucie, kiedy grafika jest pixelartowa, ale animacje płynne jak w najlepszych indykach, a sterowanie reaguje szybciej niż mózg zdąży powiedzieć „co tu się właśnie stało?”. To jest właśnie Ragebound.

image 3

Gra od The Game Kitchen, czyli ekipy odpowiedzialnej za Blasphemous, od razu daje znać, że zna i szanuje oryginał. To nie jest tania kopia starego Ninja Gaiden. To jest przemyślana reinterpretacja – pełna smaczków dla weteranów, ale wciąż przystępna dla kogoś, kto pierwszy raz słyszy o klanie Hayabusa.

Tym razem nie wcielamy się w Ryu Hayabusę – on ma swoje sprawy w Ameryce. Zostajemy w Japonii jako Kenji Mozu, uczeń Ryu, który musi obronić wioskę przed atakiem demonów. Nie jesteśmy jednak sami, bo pojawia się Kumori z klanu Black Spider. Oboje dzielą to samo ciało (nie pytajcie, jak), co oznacza, że możemy w jednej chwili ciąć przeciwników kataną, a w następnej ciskać shurikenami.

Brzmi dziwnie? Jasne. Ale działa świetnie. Zmiana stylu walki w locie daje masę możliwości, a niektóre poziomy projektowane są tak, by wymuszać użycie konkretnych zdolności. Szkoda tylko, że te segmenty są trochę za krótkie – jakby twórcy bali się, że zrobią graczom za trudno.

image 4

Tu Ragebound błyszczy najbardziej. Kenji porusza się z gracją, której nie powstydziłby się żaden speedrunner. Skoki od ściany do ściany, uniki w ostatniej chwili, cięcia w powietrzu – wszystko jest intuicyjne i szybkie. Jest ten moment, kiedy ręce robią rzeczy, o których głowa dowiaduje się dopiero po fakcie. I to jest uzależniające.

Na normalnym poziomie trudności gra jest wyważona, ale dopiero tryb hard pokazuje pazur. Więcej przeciwników, więcej pułapek, więcej kombinowania. Problem w tym, że ten „wow” efekt kończy się po kilku pierwszych etapach – później poziom trudności spada, jakby ktoś odpuścił w połowie projektu.

Nowość  Komendy na dodanie kosy w CS:GO

Plusy:

  • Kapitalna oprawa wizualna i animacje.
  • Świetne, responsywne sterowanie.
  • Różnorodne lokacje – od japońskich świątyń po nowoczesne miasto.
  • Dwójka bohaterów o różnych stylach walki.
  • Tryb hard, który w początkowych etapach daje prawdziwe wyzwanie.

Minusy:

  • Zbyt mało przeciwników naraz w porównaniu do klasyków.
  • Niektóre sekcje platformowe za łatwe i za krótkie.
  • Historia zaczyna ciekawie, ale szybko traci impet.
  • Nierówna trudność – szczególnie w drugiej połowie gry.

W porównaniu do Blasphemous, Ragebound jest mniej mroczne i bardziej dynamiczne. W porównaniu do klasycznych Ninja Gaiden jest mniej brutalne dla gracza, ale też mniej intensywne w starciach. Jeśli szukasz czegoś w klimacie Celeste i Contra, ale z ninja w roli głównej, to trafiłeś idealnie.

image 5

Osobiście doceniam, że twórcy dali opcje ułatwień – bo nawet jeśli ktoś utknie na bossie (a drugi boss w trybie hard potrafi zmasakrować), można włączyć wspomagacze i przejść dalej. To sprawia, że gra jest dla większej liczby osób, choć momentami odbiera satysfakcję z pokonania trudnych fragmentów.

Po kilku dniach z Ragebound czuję, że to świetna gra, ale mogła być jeszcze lepsza. Momentami jest genialna, momentami jakby niedokończona. Jednak te momenty „kurczę, ale to było dobre” zdarzają się na tyle często, że nie mam wątpliwości – warto zagrać.

Czy polecam? Tak, zdecydowanie. Ale jeśli liczysz na powrót „Nintendo Hard” w czystej postaci, to tu go nie znajdziesz. Jeśli natomiast chcesz poczuć się jak prawdziwy ninja, który w jednej chwili rozwala wrogów na kawałki, a w następnej wykonuje perfekcyjny skok nad przepaścią – Ragebound to twój przystanek.