Na pierwszy rzut oka The Wandering Village wygląda jak kolejne city builder z elementami survivalu. Ale już po godzinie grania okazuje się, że to coś więcej. To nie tylko stawianie domków, uprawa pól i zbieranie drewna. To życie na grzbiecie ogromnego stworzenia, które powoli kroczy przez skażony świat. I to ono – Onbu – staje się sercem całej rozgrywki. Nie mapą, nie tłem, ale żywym towarzyszem.
Pierwsze wrażenie? Zachwyt. Świat gry to mieszanka melancholii i nadziei. Z jednej strony mamy kolorowe wioski pełne życia, z drugiej trujące chmury, wyschnięte pustynie i martwe doliny. Styl graficzny przypomina trochę Ghibli, trochę ekopunk – przyjemny, ale podszyty grozą. Zoomując w dół widzimy ludzi kopiących w polu i dzieci biegające między grządkami, a oddalając kamerę patrzymy, jak Onbu powoli przeciska się przez góry czy pustynię.
Rozgrywka jest prosta w założeniach, ale trudna w szczegółach. Każdy krok stwora oznacza nowe wyzwania. Brak kaktusów przed wejściem na pustynię? Problem z wodą murowany. Brak ogrzewania w górach? Zboże zamarznie. Tu właśnie pojawia się jedna z najważniejszych mechanik – drzewko badań. To ono wymusza wybory: inwestować w lepsze jedzenie, czy w ochronę przed toksynami? Rozwinąć technologię, czy zaryzykować i liczyć na kolejną wyprawę zwiadowców?
I tu przyznam, że kilka razy sam się wkopałem. Raz zlekceważyłem rozwój ogrzewania, bo bardziej kusiła mnie kuchnia z nowymi potrawami. Skończyło się tym, że moja wioska w górach marzła i ludzie chorowali. Inna sytuacja – nie zdążyłem wyposażyć wioski w odpowiednie systemy filtrowania, więc jedna chmura trujących zarodników wymusiła godzinę nerwowego gaszenia pożarów i leczenia chorych. To są te momenty, kiedy czujesz, że ta gra naprawdę żyje.
Najmocniejszą stroną jest jednak relacja z Onbu. Nie przesadzam. To nie jest tylko wielki piesek do podziwiania. Jeśli będziemy ciąć jego pancerz na kamienie albo wiercić sięgając po krew, stworzenie osłabnie i zacznie ignorować nasze sygnały. A kiedy nadejdzie burza czy toksyczny obłok, brak zaufania może kosztować nas wioskę. Ale gdy dbamy o niego, karmimy, głaszczemy i leczymy – Onbu reaguje. Potrafi nawet ucieszyć się na nasz widok. Ten moment, gdy widzisz jak robi mały podskok, a twoja osada na jego grzbiecie podryguje – bezcenny.

Czy są wady? Jasne. Gra od pełnej wersji zrobiła się odrobinę łatwiejsza. Łatwiej unikać chorób i dłużej przetrwać. Czasem interfejs bywa toporny, a zarządzanie pracownikami mogłoby być bardziej intuicyjne. Do tego w późniejszych etapach powtarzalność wydarzeń może znużyć. Ale dla mnie to nie odbiera jej uroku, bo esencją gry jest relacja z Onbu i to poczucie wspólnej podróży.
Po kilku dniach grania wiem jedno – ta gra wciąga jak mało która. To taki tytuł, do którego wraca się po miesiącach, żeby zobaczyć, co dodali nowego. A twórcy nie próżnują – od wczesnego dostępu doszły nowe biomy, questy i elementy fabuły. Wszystko to sprawia, że świat jest bogatszy i bardziej zróżnicowany.
Czy poleciłbym The Wandering Village? Absolutnie tak. To nie jest tylko city builder, to symulator relacji, opowieść o współpracy i adaptacji. 10/10? Dla mnie tak. Nie za perfekcję, ale za emocje. Bo rzadko która gra sprawia, że naprawdę zależy ci na losie nie tylko ludzi, ale i stworzenia, które dźwiga ich cały świat na plecach.