Nie wiem, czy to kwestia wieku, doświadczenia czy po prostu potrzeby odreagowania, ale każda seria, która pozwala mi w spokoju odstrzeliwać kończyny potworom, ma u mnie kredyt zaufania. Killing Floor 3 nie odkrywa Ameryki na nowo, ale robi to, co potrafi najlepiej: daje czystą, krwawą, chaotyczną radość z przetrwania w zespole.
Po kilku dniach intensywnej gry – zarówno solo, jak i z ekipą na Discordzie – czuję się jak po dobrej siłowni: trochę zmęczony, ale zadowolony. A przede wszystkim – wciągnięty. Bo choć „trójka” nie zmienia rdzenia rozgrywki, to dorzuca wystarczająco nowych pomysłów, by nie czuć, że odgrzewam stary kotlet. Albo starą Zedzinę.
Największa zmiana? System progresji. Mamy teraz rankingi biegłości, drzewka umiejętności i modyfikacje broni. Brzmi skomplikowanie, ale działa. Podczas każdej sesji zbieramy materiały, ulepszamy giwery i odblokowujemy pasywki, które naprawdę wpływają na styl gry. Nie jesteś już więźniem jednej klasy i czterech broni – możesz dowolnie eksperymentować. Chcesz mieć karabin z amunicją kwasową i shotgun z podpalającymi nabojami? Proszę bardzo. Brakuje tylko blendera.
Ale jest też haczyk. Materiały, zwłaszcza ten choler* Biosteel, potrafią wypadać rzadziej niż zęby u starszych Zedów. Crafting wymaga czasu i cierpliwości. Czasem więcej niż mam ochotę poświęcić.
Zed Time powraca. I nadal jest cudowny. Kamera zwalnia, czas się rozciąga, a głowy Zedów pękają jak dojrzałe arbuzy w slow motion. To ta chwila, dla której warto grać.
Rozgrywka nadal opiera się na prostym schemacie: przetrwaj fale, zarób Dosh, kup lepszy sprzęt, rozwal bossa. I choć brzmi to przewidywalnie, to z odpowiednią ekipą – to czysta frajda. Szczególnie że przeciwników przybywa w zależności od liczby graczy, więc już przy dwóch osobach robi się gęsto. Przy sześciu – masakra.
Nowe mapy? Jest ich osiem i wszystkie mają klimat – choć większość w mroku i industrialnym syfie. Brakuje mi czegoś jaśniejszego, w stylu starych map Outpost czy Black Forest. Mam nadzieję, że aktualizacje to zmienią.
Co mnie wkurzało
Zabrano mi spawarkę. Znacie to uczucie, gdy zabierają Wam coś, co robiliście bezmyślnie, ale z przyjemnością? No właśnie. Owszem, mamy teraz multitool, pułapki, apteczki, a nawet zbroje do odblokowania – ale to już nie to samo.
Do tego Hub – czyli Stronghold – niby fajnie wygląda, ale bieganie po nim, żeby zacząć mecz, szybko mnie znudziło. Gra i tak pozwala odpalać misje z menu, więc po co mnie zmuszać do biegania do VTOL-a?
Tryb solo vs co-op
Da się grać samemu. I nadal jest przyjemnie. Ale umówmy się – Killing Floor 3 to gra dla ekipy. Bez komunikacji głosowej, bez wspólnego planowania i ratowania tyłka nawzajem, traci połowę uroku. I przynajmniej dwa litry krwi na ekranie.
Polecam czy nie?
Zdecydowanie polecam – ale z zastrzeżeniem. Killing Floor 3 nie przekona nikogo, kto wcześniej nie czuł tej adrenaliny z rozwałki. Ale jeśli podobał ci się KF2, lubisz tryb hordy w COD-zie i masz znajomych, którzy nie boją się widoku flaków – to bierz w ciemno.
Plusy:
- Nadal cholernie satysfakcjonujące strzelanie
- Nowy system modyfikacji broni daje swobodę
- Zed Time to dalej złoto
- Rozgrywka w coopie = uzależnienie
- Brak pay-to-win, tylko kosmetyka
Minusy:
- Grind materiałów bywa męczący
- Brak różnorodności wizualnej map
- Hub zamiast prostego menu startowego
- Uboższe opcje personalizacji postaci
Na koniec
Dla mnie Killing Floor 3 to powrót do krwawego domu. Nie idealny, ale nadal tak przyjemny, że trudno przestać. I nawet jeśli trochę się zmieniło – najważniejsze pozostało nietknięte: uczucie, że każda wystrzelona seria ma sens. Nawet jeśli kończy się odpalonym granatnikiem w środek własnej drużyny.