Są takie gry, które od pierwszych minut wydają się znajome, ale po chwili okazuje się, że mają w sobie coś świeżego. Aethermancer to właśnie taki przypadek. Z jednej strony wygląda jak klasyczny pixel-artowy roguelite z turowym systemem walki, a z drugiej – łączy ten gatunek z mechanikami rodem z Pokémonów czy Shin Megami Tensei. Efekt? Zaskakująco wciągająca mieszanka o duszy retro i głowie pełnej pomysłów.
Gracz wciela się w Siriuxa – tytułowego Eteromantę, istotę zdolną do łapania i przywoływania potworów. Całość dzieje się w świecie Terastae, zniszczonym przez tajemniczy kataklizm. W praktyce jednak chodzi o jedno: wchodzić do generowanych lochów, walczyć, rozwijać drużynę i starać się nie umrzeć – a jeśli już się umrze (a umrze się na pewno), to wrócić silniejszym.
Po kilku dniach z grą mogę powiedzieć jedno – Aethermancer potrafi wciągnąć jak bagno. Ten typ uzależnienia, który mówi: „jeszcze jedna runda, jeszcze jedno podejście, tym razem pójdzie lepiej”. Wiele w tym zasługi świetnego systemu walki. Starcia są turowe, maksymalnie trójka potworów po każdej stronie, ale dynamika potrafi zaskoczyć. Każdy atak ładuje „orby energii”, które można potem wydać na potężniejsze zdolności. Daje to ciekawe poczucie rytmu – coś między klasycznym JRPG a szachami z potworami.
Do tego dochodzi genialny pomysł z Corruption, czyli stopniowym psuciem się twoich stworów. Im dłużej walczą, tym bardziej są osłabione w kolejnych bitwach. Musisz więc decydować – iść dalej i ryzykować, czy wracać do wioski, żeby oczyścić drużynę? To dodaje smaczku, bo każda decyzja ma znaczenie.
Podoba mi się też, że twórcy pozwalają łapać nawet bossów. Nic tak nie motywuje jak świadomość, że potwór, który przed chwilą cię zniszczył, może później walczyć po twojej stronie. Jest w tym coś satysfakcjonującego i nieco perwersyjnego.
Graficznie Aethermancer nie odkrywa Ameryki, ale jej 16-bitowy styl ma urok. Animacje są płynne, a potwory wystarczająco charakterystyczne, by je odróżnić. Trochę gorzej z dźwiękiem – muzyka jest poprawna, ale mało zapadająca w pamięć. Brakuje też życia w samych potworach. Chciałoby się, żeby ryczały, syczały, piszczały – by czuć, że to coś więcej niż piksele z numerkiem HP.
Fabularnie nie ma co szukać spójnej opowieści. Historia podawana jest w kawałkach, czasem wręcz chaotycznie. Ale trudno się złościć – to w końcu roguelite, tu narracja zawsze schodzi na drugi plan.
Z rzeczy praktycznych – można zapisywać postępy w trakcie runu, co rzadko spotyka się w tym gatunku. Idealne dla graczy, którzy nie mogą siedzieć przy jednym podejściu godzinami.
Nie wszystko jednak działa idealnie. Obecnie największym problemem jest brak różnorodności bossów. Każdy biom ma z góry ustalonego przeciwnika, więc po kilku podejściach czuć powtarzalność. Twórcy obiecują poprawki w pełnej wersji, więc warto dać im czas.
Czy warto zagrać? Zdecydowanie tak. Aethermancer ma w sobie to, co najlepsze w indie roguelite’ach – pomysł, rytm i poczucie, że każda porażka to krok naprzód. Wciąga, uczy, frustruje i nagradza jednocześnie. Jeśli lubisz budować drużynę, kombinować i eksperymentować z synergiami potworów – to gra skrojona dla ciebie.
Po tych kilku dniach czuję się jak po dobrej sesji w Slay the Spire – zmęczony, ale zadowolony. I z myślą: „jeszcze jedna runda, tylko tym razem złapię coś lepszego”.
Plusy:
- Świetny system walki z unikalnym tempem
- Ciekawe zarządzanie „korupcją” potworów
- Możliwość łapania bossów
- Szacunek dla czasu gracza (save w trakcie runu)
- Pikselowy klimat z duszą
Minusy:
- Mało różnorodni bossowie
- Nieco bezbarwna muzyka
- Fabuła rozbita i nieczytelna
Ocena: 8/10 – solidny, przemyślany roguelite, który udowadnia, że „potworne” pomysły wciąż mogą być świeże.
| Rozgrywka | |
| Oprawa wizualna | |
| Muzyka i dźwięk | |
| Sterowanie i opcje |